Egzystencjalna ambiwalencja

Nie mogę zasnąć – ciało chce, ale głowa nie może.
Za dużo informacji, faktów, zmiennych, wyników, wyborów. Nie bez kozery napisałem wcześniej, że będzie to blog pisany nocą. Być może przeczuwałem, że ta ciemna pora będzie dla moich palców najlepszą godziną uzewnętrzniania myśli.

Pierwsze moje dwa wpisy były emocjonalne, ale też agresywne i nerwowe. Zastanawiam się czy właśnie taki teraz jestem ? Czy zawsze taki byłem ? Czy może to co spotkało moją rodzinę odcisnęło na mnie behawioralne piętno. W pewnej mierze z pewnością. Część z moich negatywnych emocji wynika z obserwacji „zdrowego”, nieonkologicznego świata.

Krew mnie zalewa (i znowu negatyw, ale w tym przypadku naprawdę inaczej nie potrafię…), wracając – krew mnie zalewa, kiedy przed kliniką widzę dziewczynę przed 30-tką, w zaawansowanej ciąży, z papierosem w ręku. Stoi i pali ubrana w sam szlafrok, podczas gdy na dworze temperatura bliska 0 stopni… Dla mnie to obrazek jak z koszmaru. Oddałbym wszystko, żeby nasza onkologiczna historia nigdy się nie wydarzyła. Spalam się w działaniu na rzecz zdrowia Julka, ryzykuję na wielu płaszczyznach, chodzę często na rzęsach, a tymczasem ta pizda stoi na mrozie i pali fajkę, podczas gdy jej nienarodzone jeszcze dziecko wciąga cały ten syf, który ona mu bezmyślnie funduje – absolutnie bez wyobraźni jakie to może mieć negatywne skutki dla jego rozwoju i zdrowia!
Wybaczcie twarde słowa, ale taka sytuacja spotkała mnie dziś nie po raz pierwszy. Co pewien czas widuję podobny obrazek i mnie żółć zalewa. Idę do syna na onkologię albo wracam z tej onkologii, a ta czy inna ryzykuje bez sensu zdrowie swojego dziecka. Po raz kolejny muszę stwierdzić, że nie ma sprawiedliwości. Wiem, że nie odkryłem nic nowego, ale zawsze mnie ten fakt zaskakuje. Może za bardzo wierzę w ludzi. Może wydaje mi się, że świat jest taki jak bliskie mi osoby, którymi się otaczam…

 

1… 2… 3… 4… … … .. .

 

To może dla odmiany coś pozytywnego. Mój syn zaskakuje mnie tak bardzo pozytywnie każdego dnia i to jest dla mnie najpiękniejsza sprawa jaka mogła mnie spotkać. Postępy jakie robi w mówieniu o swoich uczuciach są niesamowite. Przeżywa wydarzenia z naszego wspólnego dnia, opisuje co robił nie bez pominięcia tego co czuł. Co prawda nie umie jeszcze pisać, ale być może rośnie mały redaktor wpisów na blogu 🙂 Jestem pewien, że jego wpisy będą bardziej pozytywne od moich. W każdym razie to, że Julek mówi o swoich emocjach jest dla mnie uskrzydlające i napawa mnie dumą, że jest właśnie taki. Nieskromnie, ale co tam powiem, że dość dobrze to świadczy o mnie i Joannie 😉 Jednym słowem – Fajny Facet.

Myślowy skok w bok… Przygotujcie się…

Bardzo lubię rozmawiać z ludźmi, ale w obecnej sytuacji, kiedy z całej mocy chcę zachować stabilny poziom dla Julka coraz częściej muszę działać wbrew sobie. Świetnie rozmawia się z kimś kto przechodzi to co Ty, rozumie Twoje problemy, możecie używać skrótów myślowych, klimat rozmowy klei się przyjemnie. I wszystko świetnie jeśli leczenie dziecka przebiega prawidłowo – to buduje. Jeśli komuś się wiedzie w leczeniu to i nam się powiedzie.
Niestety druga strona medalu to rozmowy, gdy nie do końca w leczeniu się powodzi lub nie powodzi się wcale… Mam dylemat czy odcinać się od takich negatywnych rozmów i faktów. Są momenty, kiedy nie można powiedzieć nic sensownego, nie zawsze można kogoś pocieszyć. Nie potrafię do końca wyłąćzyć empatii, chociaż to nie jest negatywna cecha to paradoksalnie mogłaby ona mnie pogrążyć. Chyba każdy kto żyje w onkoświecie zdaje sobie sprawę kiedy czyjeś leczenie przeobraża się w umieranie. To bardzo ciężki moment, ludzie nie poddają się, walczą do końca. Głęboko wierzę, że nie będziemy nigdy w takiej sytuacji jak Oni. Podziwiam bardzo takie rodziny, ich wolę walki, wytrzymałość ponad siły. Dopóki świeci słońce trwa dzień. Chociaż, gdy słońce zachodzi nie znika przecież faktycznie, a jedynie za horyzontem. Może tak samo jest z umieraniem. Nigdy nie zgadniesz, który moment jest punktem bez powrotu.

Nie najgorsza jest śmierć, ale umieranie ? Ta dywagacja zrodziła się we mnie podczas obcowania z osobami, które były świadome, że nieuchronne nadchodzi. Nie była to już kwestia „czy”, ale „kiedy”… Nie potrafię wyobrazić sobie dramatu tych rodziców, których los postawił w takiej sytuacji. Dodatkowo przed dzieckiem do końca trzeba grać na happy end. To jest dla mnie niewyobrażalne cierpienie. Powinniśmy w naszych myślach postawić pomnik tym dzieciom i ich rodzicom…

Śmierć jest tym czego boimy się najbardziej, a może jeszcze bardziej umierania…

[*]

___

Niewątpliwie mój dzisiejszy wpis jest egzystencjalnie ambiwalentny. Nie wiem czy ktokolwiek zdołał dobrnąć do tego miejsca, ale jeśli tak to gratuluję… Schyłek roku za rogiem i być może nachodzi mnie retrospekcja. Być może taki był ten dzień albo raczej tydzień…
Ogólny nasz bilans roczny jest na plus, ale osiągnięcie to okupione jest szeregiem cielesnych i mentalnych skalpów. Najgorsze w tym najlepszym, że pomimo dobrych wiatrów rozterki myśli są nieuniknione przez kolejne lata, aż do pełnego wyleczenia. Tylko to może dać nam upragniony spokój.

Bądźcie zdrowi.

5 Komentarzy

  • U nas mija niedługo 2 lata od zakończenia pół rocznego leczenia nbl stopień IVs. Córka miała niecałe 7 miesięcy w dniu diagnozy.

    I po tych 2 latach wiem, że po chorobie chyba już zawsze będzie sie żyć inaczej. Nie da się wyłączyć myśli.

    Dziekco płacze , że boli noga, że chce na rączki… I tak np dwa dni z rzędu. A człowiek juz ma przed oczyma widmo wznowy