Jak zostałem OnkoTatą

Prolog

Nic nie wskazywało na to co miało się zdarzyć w styczniu 2017 roku… Trafiliśmy wtedy z naszym 2.5-letnim synem Julianem z dziwnymi objawami na Szpitalny Oddział Ratunkowy. Od razu tomografia głowy, która na szczęście wykluczyła guza mózgu. Najgorsze miało jednak przyjść za 2 dni. Wtedy to zdiagnozowano nowotwór w lewym nadnerczu: neuroblastoma IV stopnia, n-myc(+), przerzuty do kości i szpiku kostnego. Nasz misternie tkany spokój rodzinny rozleciał się niczym domek z kart smagany mocą potężnego huraganu…

Na coś takiego nie można się przygotować. Żyliśmy jak wiele podobnych rodzin z dziećmi. Kto by przypuszczał. NIKT… My również nie…

Julian, Joanna i ja. Płaszczyzna emocji każdego z nas, choć spleciona wspólnym przeklętym mianownikiem, jest inna.

Julek odbiera wrażenia głównie fizyczne – tylko w ciągu dotychczasowych 10 miesięcy leczenia przeszedł 2 operacje, kilka rezonansów, tomografii, scyntygrafii; 1 przeszczep szpiku, niezliczone pobrania krwi (mierzone w dziesiątkach, a niewiele pewnie pomyliłbym się mówiąc, że wszedł już na poziom powyżej 100…). Aha! Zapomniałbym o kilkudziesięciu przetoczeniach krwi, 8 cyklach chemioterapii. Ma na koncie grubo ponad 100 zastrzyków o których też muszę wspomnieć. Litania leków, terapii, czynności etc. jest bardzo długa. Niesamowite, że to wszystko przeszedł 3-letni chłopczyk w ciągu 10 miesięcy, póki co… Po raz kolejny uświadamiam sobie tę bolesną statystykę pisząc o niej. Choć może wydawać się to ludziom spoza onkologii dziwne to część czynności powszechnieje tak bardzo, że nie zwracasz na nie większej uwagi po pewnym czasie. Kiedyś gdyby miało dojść do pobrania krwi to byłoby to wydarzenie na skalę tygodnia, ba miesiąca lub roku: przygotowanie dziecka na czczo, namaszczona czynność wykonana w laboratorium. Ile razy robicie swoim dzieciom badanie krwi, pełną morfologię ? Zapewne rzadko (a może powinniście częściej ? W ogóle ?…) Gdy Twoje dziecko ma powtarzaną tę czynność praktycznie codziennie, gdy leży w szpitalu to wpisuje się to do codziennego kanonu.

Wątpliwych doznań sfery psychicznej niestety również mu nie brakuje… Frustracja szpitalna, odizolowanie od innych dzieci, działanie leków na psychikę – nie ma chłopak łatwo. Leki wżerają mu się do głowy i to po nim widać: czasem lub częściej. Na szczęście są to działania odwracalne, ale za każdym razem wywołuje to we mnie uczucie strachu. A co jeśli któreś działanie niepożądane leku pozostanie już z nim na zawsze ? … … … Tak cholernie jest mi Go szkoda, że musi przez to wszystko przechodzić. Jednak takie myślenie to ślepa ulica, które może spowodować zator interakcji – nie mogę sobie na to pozwolić. Muszę czuwać, być na straży Jego zdrowia. To mój ukochany, pierworodny Syn, jestem w stanie zrobić dla Niego naprawdę wszystko. Absolutnie…

 

{Dygresja: Obecnie w mych uszach Kortez. Muzyka od początku leczenia Juliana pomagała mi odizolować się choć na chwilę od onkologicznych problemów, zakładałem słuchawki i znikał śpiący oddział, moje zmysły na chwilę były kojone; przez chwilę mogłem konstruktywnie odpocząć. Niestety myślo-dźwięki to pierwiastki ulotne…
„Sam się dziwię ile można znieść…”}

 

Etos

Nie jest łatwo być onkotatą.

Od pewnego czasu nosiłem się z zamiarem pisania o moich ojcowskich emocjach. Z jednej strony jako swoistej autopsychoterapii, a z drugiej chciałbym wspomóc tych, którzy wchodzą dopiero w swą onkotato-wską rolę i być może nie mogą się dłużej lub wcale odnaleźć. Nie chcę nikogo moralizować, nie powiem Wam co macie zrobić w danej sytuacji. Mogę jedynie nakreślić Wam szkic mojego działania, moich myśli i emocji. Mój system nie powiem, że działa bez zarzutu, ale jednak sprawdza się. Funkcjonuję w tej całej pojebanej onkologicznej rzeczywistości z przewagą zwycięstw nad porażkami. Ogólnie brnę z tarczą do przodu. Nie traktujcie też proszę moich wpisów jako wyroczni jeśli chodzi o materię medyczną. Nie jestem lekarzem i ferowane przeze mnie medyczne wyroki będą często jeśli nie zawsze obarczone stygmatem subiektywności…

Siłą rzeczy najczęściej będę pisał o neuroblastomie. Wspólne cechy onkorodziców możecie jednak odnaleźć w swoich historiach, głowach i sercach. Leczymy nasze dzieci z różnych od siebie nowotworów, lecz łączą nas wspólne najtrudniejsze emocje: strach o zdrowie i życie naszych pociech.

Dla tych z Was, którzy macie to szczęście posiadania zdrowych dzieci moje wpisy mam nadzieję pomogą jeszcze bardziej docenić dar jaki otrzymaliście od losu – Z D R O W I E ! Trudno wyobrazić sobie jaką ciężkość bytu niesie ze sobą onko-świat będąc na jego zewnątrz. To z jaką stanowczością i bezpardonowością może wtargnąć do Waszego spokojnego świata jest zatrważające. Nie jest moim celem nikogo z Was straszyć -chciałbym, żebyście uświadomili sobie jakie szczęście Was, moi Drodzy, spotkało. Niezależnie jak wydaję się Tobie, że w Twoim życiu jest coś nie tak – nigdy nie znajdziesz się w sytuacji gorszej od tej kiedy zagrożone jest życie Twojego dziecka. Zakładając, że kochasz swoje dziecko nad życie (ktoś nie kocha?).

 

Epilog

Opisanie emocji może choć trochę ulży mojej posiwiałej w ciągu miesiąca głowie. Nie ukrywam, że pokładam w tym pewne nadzieje… Jeśli przyłączysz się do mojego credo na chwilę lub na dłużej to mam nadzieję, że pozostawisz swój odcisk myśli w komentarzu… Jaka jest Twoja historia ? Jesteś z „tej” czy z „tamtej” strony onkologicznego świata ? Co Cię tu przywiodło ? Jestem ciekaw.

 

Poniewczasie podążam przymknąć powieki. Do miłego.

B.

 

Postscriptum (kliknij i posłuchaj)

25 Komentarzy

  • Bartku,wzruszyłam się do łez…znasz moją historię i czytając Twój post, „mój film” odtwarzał się w głowie dzień po dniu,krok po kroku od 11XII ub.roku.Los obsadził mnie w roli OnkoMamy,związał mi ręce i kazał walczyć z „cyborgiem”…Ten „film” nie zakończył się happy endem…i codziennie muszę go oglądać…

    • Dziękuję za ciepłe słowa Lula. Jak wiesz cenię Cię bardzo za waleczność i mądrość, za wielkie serce i empatię…
      Happy end jeszcze nastąpi choć nieprędko, kiedyś się spotkacie i będziecie szczęśliwe…

  • Bartku..nie jestem onkomamą ani onkotatą, ale jestem onkociocią i pomimo tego, że mój siostrzeniec jest na dobrej drodze, żeby neuroblastoma pozostała już tylko mroczną przeszłością, to jednak cała najbliższa rodzina nie potrafi zapomnieć i przejść nad tym wszystkim do porządku dziennego, znajomości szpitalne, badania kontrolne, powroty do szpitalnych murów, działanie najbliższych Adasia w fundacji pomagającej tak strasznie doświadczonym maluchom sprawiają, że pośrednio nadal uczestniczę w życiu OnkoDzieciaczków i niestety nie potrafię zrozumieć DLACZEGO? Trzymaj się OnkoTato, jestem wierną kibicką Wojownika Julianka, Lulusia kochanego, śledzę każdy post na jego profilu i trzymam kciuki z całych sił, żeby pokonał paskuda…ucałuj go ode mnie gorąco

    • Dziękuję za śledzenie drogi Julka, takie wsparcie jest dla mojej rodziny niezmiernie ważne. Czujemy, że ktoś współczuje z nami.
      Poruszyłaś bardzo ważny temat, który powraca niezmiennie w rozmowach z rodzicami: „Dlaczego te dzieci muszą tak cierpieć ?”, „Dlaczego to przytrafiło się mojemu dziecku ?”. Na początku również nad tym rozmyślałem. Po krótkim czasie, gdy już mniej-więcej ogarnąłem się z nową przeklętą rzeczywistością, stwierdziłem, że to ślepy zaułek. Te pytania są sensu stricto retoryczne, chociaż czasami miewam momenty, kiedy przez ułamek sekundy w głowie się zawieruszą nawet teraz.
      Znajomości szpitalne uważam za bardzo wartościowe. Najczęściej rodzice, których dotyka onkoświat są otwarci, inteligentni i sympatyczni. Choć nasze dzieci borykają się często z różnymi od siebie nowotworami nasze kontakty budują poczucie wspólnoty.
      Jestem pewien, że Twoja rodzina tak jak moja zazna kiedyś zasłużonego spokoju ducha.

      PS. Julian ucałowany 😘😁

  • Codziennie modlę się do Boga aby nie doswiadczał moich dzieci takim cierpieniem ani nas rodzicow. Modle się również o Julianka. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić co musicie przechodzić ani tego strachu jaki odczuwacie. Ale czytając historie tego typu staram się nie przejmować tak mało ważnymi, przyziemnych sprawami bo napewno w obliczu choroby dziecka wszystko inne przestaje mieć znaczenie.

    • Karola, to co opisujesz jest jednym z niewielu pozytywnych aspektów naszych onkohistorii – docenianie prostego, normalnego a przede wszystkim zdrowego życia przez osoby z zewnątrz. Ze zdrowiem jest jak z tlenem, nikt o nim nie myśli dopóki nie może złapać tchu…

  • Panie B. rzadko zdarza sie, aby natknac sie w internecie na opis ”onko-zycia” pisanego przez tate, wiekszosc wpisow pochodzi od ”onko-mam”, a przeciez bardzo wazne jest aby poznac emocje obojga rodzicow. Druga strona medalu jest taka, ze mezczyzn bardzo trudno zmusic do mowienia o swoich emocjach bo przeciez ojciec to opoka rodziny, najsilnieszy, dla swoich dzieci bohater, straznik rodziny, najwieksze oparcie dla zony i dzieci w najtrudniejszych chwilach. Wydaje mi sie, ze lamie Pan pewne konwenanse… Ja rowniez jak Pani Iza jestem onko-ciocia, tylko, ze taka przyszywana. Pamietam jak pierwszy raz po diagnozie rozmawialam ze swoja przyjaciolka, z jednej strony staralam sie ja podniesc na duchu a z drugiej strony mowilam sama do siebie – dziewczyno, przeciez ona te utarte frazesy slyszala wiele razy. Staralam sie po prostu byc, podnosic na duchu, powtarzac za kazdym razem, ze musi byc silna dla siebie, dla swojej corki… Wiele razy mowilam, chcesz plakac to placz (w koncu nie jestesmy robotami), chcesz rzucic talerzem, rzuc – daj upust swoim emocjom… Dzis cale szczescie w Mala jest wszystko dobrze, powoli cala rodzina wraca do normalnosci, ale powiem Panu, Panie B, ze bardzo wazne moim zdaniem jest aby mimo wszystkiego podnosic na duchu, mobilizowac, zachecac do dawania upustu emocjom – nie dusic wszystkiego w sobie.
    A prywatnie jestem rowniez ”onko-corka”, poznalam oddzial onkologiczny, wielu ludzi z roznymi historiami, niestety historia najwazniejszego dla mnie mezczyzny w zyciu nie zakonczyla sie happy-endem, ale najwazniejsze dla mnie bylo, ze moglam przy nim byc. Choc niewyobrazalnym bolem bylo dla mnie partrzec jak tata – moj bohater z dnia na dzien odchodzi…. Pamietam rowniez gniew i bol – tylko ja nie rzucalam talerzami a miska psa… Taka oto jest moja historia…
    Poki co zycze Panu i Pana Zonie sily, wytrwalosci a Malemu Juliankowi zdrowka… Trzymam za Was kciuki, aby ”onko-zycie” jak najszybciej stalo sie wspomnieniem! EvE

    • Dziękuję, że odpowiedziałaś nam swoją historię. Przykro mi, że Twój tata nie został wyleczony…

      Jeśli chodzi o onkoświat z perspektywy mężczyzn to zdecydowanie zgadzam się z Tobą, że trudno znaleźć takie relacje. Próbuję sobie przypomnieć czy w ogóle mnie się to kiedykolwiek udało. Może Panowie są mniej otwarci niż Panie ? A może tak jak wspomniałaś mówienie o emocjah w chorobie dziecka zdaje się być im niemęskie ?
      Pisząc o chorobie Juliana na jego facebook’owym fanpage’u, a teraz zaczynając pisać szerzej na blogu onkotaty nie czuję się absolutnie mniej męski czy zniewieściały – wręcz przeciwnie. Jeśli pisanie do Was i z Wami daje upust moim emocjom, a tym samym sprawia, że jestem spokojniejszy podczas Julka leczenia to jest to efekt jak najbardziej pozytywny i męski…

      Talerzami w celu rozładowania emocji nie rzucam. Słucham muzyki, czytam książki i jem. Ta ostatnia czynność niestety jest dla mnie zgubna. Mam tendencję do tycia, a zauważyłem, że jedzenie rozluźnia mnie. Może się to Wam wydać śmieszne, ale gdy jem czuję jak wytwarzają się endorfiny. Pewnie dlatego jem tak dużo i przytyłem podczas leczenia Julka. Na domiar złego „uszczęśliwiają” mnie rzeczy niezdrowe 😐
      Całkowicie odwrotnie ma moja żona – nie może patrzeć na jedzenie; czasami sam zapach jedzenia przyprawia ją o mdłości. Śmiejemy się, że to co ona zgubi na wadze to ja znajduję indo siebie przytulam 😉
      Jak widać każdy radzi sobie jak może z ujarzmianiem emocji.
      Dziękuję za życzenia siły dla nas – przydadzą się.

  • Bartku poruszające bardzo. Mimo, że oddział na Spornej odwiedzamy teraz sporadycznie na kontrolę to leczenie nadal trwa. Twoje słowa to powroty w myślach do litrów chemii, przetoczeń, spadku saturacji i zagrożenia OIOM’em, dziesiątkach usypiań przed punkcjami, czekania i niepewności. To, co przechodzą Onkorodzice nie da się opisać słowami, dlatego na pewno już od pierwszego wpisu zyskujesz kolejną czytelniczkę.
    Wszystkiego dobrego dla Was i Wielkiego Wojownika Julianka.

    • Cześć Justyna.
      Miło czytać Twoje słowa ☺️
      Absolutnie się z Tobą zgadzam, że najlepiej rozumiemy się w gronie onkorodziców. Możemy mówić skrótami i zawsze wiadomo co mamy na myśli.
      Kiedy mówię komuś spoza onkologii, np.: „Julian zaczyna za tydzień 4. cykl chemii” to słyszę: „Ojej, tak mi przykro. Biedny Julek”.
      Kiedy natomiast rozmawiam na ten sam temat w „naszym” kręgu to rzecz wygląda absolutnie inaczej. Rozmawiamy ile jeszcze cykli do końca; jak leczenie przechodziły inne dzieci itd. Generalnie jesteśmy pogodzeni z diagnozą i koniecznością leczenia. Każdą czynność traktujemy jako coś co przybliża nas do końca leczenia – do zdrowia naszego dziecka.
      Cieszę się, że zyskałem taką cenną czytelniczkę. Tak więc do następne wpisu 😉
      Gorąco Cię pozdrawiam 🤗

  • Obawiam się, że „tamten świat”.. Normalny mamy już za sobą.. Nikt z nas onkorodzicow nie wróci do normalności.. Nie ma szans, tamto spokojne życie się skończyło. Najpierw walczymy o życie dziecka z całych sił, ta walka nas trzyma.. Później następna walka żeby choroba nigdy nie wróciła… Walka o próbę normalnego życia, choć namiastki.. Wieczna walka do końca życia także z własną psychiką. Na szczęście uśmiech naszych największych bohaterów wynagradza wszystko 😀 mój mały wojownik walczy od maja z nowotworem. Pozdrawiamy 🙂

    • Z natury jestem hurraoptymistą i choć moja cecha została wystawiona na ciężką próbę z całej siły chcę ją zachować. Póki co może być bez hurra, ale jednak optymizm. Wierzę, że nadejdzie taki dzień kiedy dla każdego dziecks i dla każdego onkorodzica, onkobabci czy onkocioci przyjdzir ukojenie. Powrót do domu, gdziekolwiek byle razem w pełnym zdrowiu i szczęściu.
      Na pewno potrzeba czasu, żeby ten cel zrealizować, ale cóż…
      Zaczekam…

  • Ja znajduję się w tej szczęśliwej rzeczywistości, ale śledziłam wiele historii dzieci chorych na neuroblastomę. Za każdym razem kiedy widziałam, że kolejne dziecko odchodzi ryczałam przed ekranem laptopa jak głupia. Każda taka historia sprawia, że z dnia na dzień jeszcze bardziej doceniam to, że mam zdrowe dziecko, które każdego dnia uczy mnie miłości. Gdy synek tylko ma gorączkę to boję się jak diabli, że kiedyś mój spokój zostanie zniszczony. Ale trzeba myśleć pozytywnie. Nie wiem jak to jest być onko rodzicem, ale domyślam się, że ten strach o ukochane dziecko jest paraliżujący. Podziwiam wszystkie rodziny, które przeżyły to piekło i się nie załamały. Wierzę, że Wasza historia będzie miała happy end.

    • Dziękuję za Twój cenny wpis. Twoja empatia Luizo jest godna podziwu. Dla mnie również najmniejsza informacja o pogorszeniu stanu zdrowia, któregoś z dzieciaków jest traumatyczna. Nie jest łatwo patrzeć na nieszczęście dzieci. Niezależnie czy jest się w środku czy na zewnątrz onkoświata. Musimy wszystkimi możliwymi środkami zakląć rzeczywistość i głęboko wierzyć, że nie zabraknie nam możliwości medycznych i szczęścia do realizacji upragnionego celu.

  • Bardzo wzruszylam sie czytając Pana historię. Również jestem onko-mamą. Moj syn Mateusz zachorował jak miał 3,latka. Zrobiliśmy usg brzuszka tak kontrolnie /żadnych objawów nie mial/ i wyszedł duży guz. Potem byl oddzial onkologiczny /wchodząc tam pierwszy raz byłam przerażona /i wykazaly badania gangloneuroblastoma / guz śródpiersia tylnego . Maly byl przygotowywany do chemii ale odstąpiono ponieważ n-myc byl ujemny a w scyntografii guz nie zaswiecil co bylo dużym szokiem dla lekarzy. Potem operacja i pozostawienie resztki guza . Obecnie Mateusz ma 6’lat . W lutym minie 3 lata od operacji i diagnozy. Jeździmy na kontrole i jak narazie jest ok. Ale kazde jego narzekanie ze cos boli powoduje ze jestem przerażona. Będąc na oddziale zobaczyłam dzielnych wspaniałych rodziców. Wchodząc pierwszy raz na oddział bylam przekonana ze zobaczę zaplakanych rodziców a tam mamy zadbane przy swoich dzieciach uśmiechnięte / wiadomo kiedy dzieci śpią zdejmują maski i pokazuja prawdZiwe oblicze -rozpaczy i bólu. Życzę zdrówka do synka.

    • Dziękuję za Pani wpis.
      Identycznie wyobrażałem sobie oddział onkologiczny: obraz nędzy i rozpaczy, a zastałem tak jak Pani uśmiechniętych, sympatycznych, żartujących między sobą rodziców. Bardzo pomocna była dla nas zaprawionych w szpitalnym boju rodziców, którzy wyjaśnili nam technicznie gdzie jest pościel, jak wyglądają posiłki, zdradzili tajemnice (Poliszynela) podglądu wyników krwi dziecka; pomagali nam rozmową o ich drodze podczas naszych pierwszych, najtrudniejszych w życiu tygodniach tuż po diagnozie.
      {Olga i Michał – serdecznie Wam dziękuję za to co dla nas wtedy zrobiliście. Takie małe rzeczy, a jak wielkie w obliczu nowego dla nas wyzwania. Pozdrawiam Was w tym miejscu najmocniej. Życzymy zdrówka dla Jasia}.
      Dla mnie dużym wsparciem była i jest nadal rozmowa z innymi rodzicami. Najczęściej takie rozmowy odbywają się w kuchni, często w kilka osób. Śmiejemy się z żoną, że to taki szpitalny klub dyskusyjny. Każdy opowie swoją historię, wygada i może choć trochę czuje się lepiej. Czasem można porozmawiać z co bardziej komunikatywnymi Paniami Pielęgniarkami (pozdrawiamy Dobre Wróżki ze szpitala Sporna Łódź i z Przylądka Nadziei Wrocław). Swoją drogą imponujące jest jak sobie Panie radzą emocjonalnie z tak trudnym ładunkiem psychicznym opieki nad małymi chorymi przewlekle dziećmi. Pełen szacunek dla Was! 😍
      Generalnie gaduła ze mnie i żona wie, że jak idę po kawę do kuchni to może się ona „lać” przez 20 minut 😊

  • Bartek, zapewniam Cię, że bardzo doceniam to, że moje dzieci są zdrowe i rozwijają się ,,prawidłowo” i zdaję sobie sprawę z kruchości zdrowia… Pozdrawiam Was mocno i ściskam!

  • Ewa, bardzo się cieszę, że z tego faktu. Brawo! Twoja postawa niech będzie przykładem dla tych, którzy rozmieniają się na drobne i kruszą kopie z błahych powodów.
    Dziękuję za pozdrowienia, również Cię mocno ściskamy.

  • Bartosz, podziwiam Cię. Bardzo. Od początku tego, co się stało. Najbardziej za to, że za całą tą makabryczną scenerią onkoświata widziałam jednak zawsze, uwaga, Twój uśmiech. JA go widziałam. On zawsze zwyciężał z trudnym przeciwnikiem. Nie dopuszczałeś nigdy do głosu, przynajmniej na zewnątrz, załamania, rozpaczy, paniki. TO jest dla mnie COŚ. Ja mam zdrowe dziecko. Chociaż zdrowotnie nie do końca bezproblemowo się u nas dzieje. Niemalże codziennie są jakieś “bóle”. Tak wyszło, że jestem z tym sama. Nie mam niestety takiego Bartosza. Dziękuję Ci, że jesteś przy swoim dziecku. Chciałabym Ci podsunąć pewien tekst, który do mnie trafia. Dowiesz się o nim wkrótce. Życzę całej Trójce zdrowia i spokoju.

  • Lipiec 2017. Diagnoza – Neuroblastoma IV stopień, z przerzutami do szpiku, wątroby, węzłów chłonnych i dna czaszki. Walczymy ponad 8 miesięcy. To połowa życia naszego dziecka. Jesteśmy na dobrej, ale najtrudniejszej drodze w naszym życiu. Jestem onkomamą tak samo, jak mój narzeczony jest onkotatą. Razem trwamy przy nim, razem walczymy, żeby mimo wszystko móc się uśmiechać i żyć, jak inni ludzie. Będę tutaj częściej zaglądać i trzymać kciuki za Waszą rodzinę.

    • Dziękuję Tobie Alina. Również będę trzymać kciuki za Twoje dziecko. Gdzie się leczycie ? Na jakim etapie jesteście ?

  • Jesteśmy na onkologii w Szczecinie (dojeżdżamy z Kolobrzegu). Na początku kwietnia we Wrocławiu przeszliśmy operację usunięcia guza z nadnerczem, węzłów chłonnych i wycinka z wątroby do biopsji. Na ten moment jesteśmy w Szczecinie, konczymy 8 cykl chemioterapii.

    Czytam twojego-waszego bloga i jakbym widziala siebie w lustrze. Podziwiam was, ze macie sily, zeby znalezc czas i uświadamiać innym, jaka nierówną walkę macie w życiu . My, onko, rozumiemy sie bez słów, łatwiej mówić tylko tym, którzy mają już to wszystko za sobą. Życzę nam i Wam, żebyśmy też juz opuścili te “białe mury”.

    Pozdrawiamy.
    Rodzice Janka.

  • Cześć. Mam córeczkę,14miesieczną,śliczną Wikusie. Rok temu w czerwcu okazało się ,że słowo którego nie potrafiłam na początku nawet wypowiedzieć i zapamiętać- jest teraz obecne w naszym życiu, życiu mojej Wikusi. Neuroblastoma st.4s.
    Wika jest dzielna, silna i bardzo mądra ❤ jestem jej Mama- Onkomamą i jestem dumna,że to właśnie ja mogę być jej mamą.
    Zaczęłam czytać Pana bloga nie tak dawno i cieszę się że tu trafiłam. Wierzę że moje dziecko będzie już zawsze zdrowe. A dla Julianka buziaki i ogrom zdrowia i radości 🤗

    • Cześć. Wielkie brawa dla Ciebie za pozytywne podejście – to fundament, który daje oparcie naszym dzieciom w niełatwej dla nich rzeczywistości. Również wierzę, że Julian będzie już zawsze zdrowy. Nie ma innej opcji (:
      Dziękuję, że czytasz mojego bloga, miło mi. Pozdrawiam.

      PS. Piszmy na Ty, po co się usztywniać (;

Odpowiedz na „EvEAnuluj pisanie odpowiedzi